Dmytruk Grill food truck – kulinarni wariaci z Łucka

Słyszałem o nich jeszcze zanim pojawili się we Lwowie. Rodzinna firma Dmytruk z okolic Łucka, posiadająca własne gospodarstwo a w nim wyrabiająca wędliny według starych receptur. To brzmiało bardzo dobrze. I mają własnego food trucka pod marką Dmytruk Grill. To brzmiało jeszcze lepiej. Jak tylko pojawiła się okazja i zostali zaproszeni przez niezawodną ekpię Street Food So Good na targi HoReCa we Lwowie, już wiedziałem że muszę ich odwiedzić.

20161110_121908

Na zachodniej Ukrainie są prawdziwymi pionierami. To pierwszy profesjonalny food truck, który regularnie pojawia się na eventach (drugiego odkryłem jakiś czas temu, ale swoją ofertę ogranicza do kanapek) i z pewnością pierwszy, który reprezentuje bardzo wysoki poziom sztuki gastronomicznej.

20161110_120339

Do Lwowa dotarli oczywiście z dedykowanym menu. Jak mówi Serhiy Fedula, zawsze starają się zaskoczyć czymś nowym i z reguły sezonowym. Wiedzą doskonale, jak wyglądają imprezy z typową gastronomią – odgrzewane, wysuszone na wiór mięsa, szaszłyki czy gotujące się godzinami zupy.  Dlatego postanowili wykorzystać swoje doświadczenie wyniesione z prawdziwych restauracji i pokazać lwowianom, że można inaczej serwować street food.

20161110_121933

Poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko, bo w końcu to targi dla ludzi z branży. Bez większych problemów odszukałem ich auto i już na początku zrobiło na mnie wrażenie jego wyposażenie. Takiej ilości grilli, kuchenek, lodówek się nie spodziewałem. Już było nieźle, ale w kącie dostrzegłem jeszcze gazowy piec konwekcyjny i wannę do sous vide. I pierwsza refleksja – tak wypasionego samochodu ze świecą szukać w Polsce. Wszystko czyste, rozplanowane, żadnego chaosu a w środku jeszcze bez trudu mieści się piątka wesołych kucharzy.

20161110_1

Zamawiam.

Na początek burger. Kurczak, dynia, cebula, dwa sosy i dwa kontrapunkty – słono i słodko.

20161110_2 20161110_121227

Filet marynowany, delikatny, rozpadający się w ustach i minimalna ilość dodatków. Smaki niespotykane, nieoczywiste, podkreślone cieniutko pokrojoną i przyprawioną dynią. Rewelacja. Czuć fantazję i oryginalność.

20161110_121235

Biorę kolejne danie. Tym razem marynowane polędwiczki wieprzowe podane jedynie w towarzystwie sosu. Ale jakiego sosu!

20161110_120417

Na wierzchu drobno siekane orzechy, pod spodem lekko słonawy ostry ser a na koniec puree jabłkowe. I znów obłędne i szalone zestawienie smaków. Żaden nie dominuje, wszystkie idealnie się uzupełniają i podkreślają delikatność mięsa.

20161110_120423

Ceny? Wszystkie oscylują wokół 40-50 hrywien, czyli kilku złotych za porcję. Dokładnie tyle, ile grillowane kiełbasy czy bogracze konkurencji. Ale już wiem, że nawet ich dzisiaj nie spróbuję.

Choć jestem już porządnie najedzony, po zwiedzeniu targów wracam po kolejne danie. Tym razem chłopaki serwują jednogarnkowy gulasz.

20161110_131148 20161110_131156

Drobno krojone mięso, marchewka, przyprawy zaostrzające smak i znów wszystko niemal rozpływa się na języku. Tuż obok miseczki pojawiają się obłędnie pachnące mini-kartofelki. Uprzednio ugotowane i porządnie upieczone w piecu, z delikatną pękającą pod zębami skórką, polane masłem czosnkowym i solidnie oprószone solą świetnie uzupełniają smak gulaszu i stanowią razem naprawdę pyszne danie.

20161110_131205

Pytam chłopaków, czy jest szansa, bym w przyszłości trafił na te same dania. Mówią, że raczej nie, choć rozumieją, że odwiedzający lubią wracać do smaków i że z pewnością najlepsze trafią do stałego menu. A tymczasem wolą oddać się kulinarnemu szaleństwu i przygotowywać za każdym razem coś nowego.

Przyznam, że z takimi wariatami będzie mi zawsze po drodze. Już się nie mogę doczekać ich wizyty w Polsce i bitwy na smaki z najlepszymi polskimi food truckami. A Wy, jeśli nie chcecie czekać, ruszajcie na przepiękną zachodnią Ukrainę. Łuck i Lwów kuszą i pokazują, że street food ma się tam całkiem dobrze i że jeszcze niejednym nas zaskoczy.

20161110_120911

Ja w każdym razie odkochiwać się nie zamierzam 🙂

www.dmytruk-grill.com.ua
www.dmytruk.ua

Ni ma jak… Baczewski

Zakochałem się. Ten kraj mnie urzeka, dziewczęta uwodzą a kuchnia kusi. Nie mogłem sobie zatem odmówić przy kolejnej wizycie we Lwowie odwiedzin w jednej z najlepszych restauracji w tej części Europy – U Baczewskich przy Szerokiej. Polecają ją wszyscy – i miejscowi i przewodniki turystyczne – a ja składam głęboki pokłon przodkom, którzy markę wymyślili i obecnym właścicielom, którzy ją przepięknie pielęgnują.

20160819_223702 20160818_23012720160818_230133

Już od wejścia miejsce różni się od typowych restauracji. Aby usiąść przy stoliku, należy przejść przez sklep, w którym głównym asortymentem jest kilka gatunków wódki Baczewski oraz kilkadziesiąt (!) rodzajów nalewek leżakujących w ogromnych karafkach. Ceny nie są wygórowane, można wybierać spośród najwymyślniejszych kształtów butelek i najróżniejszych zestawów napitków. Zdecydowanie polecam rozpoczęcie wizyty od zakupów, bo po odwiedzinach w restauracji może po prostu zabraknąć sił 😉

20160728_215649 20160728_215718

Lokal jest kilkupoziomowy. Można zacząć od przedwojennych piwnic i doskonale zaopatrzonego baru ze świetnymi  drinkami na bazie Baczewskiego (podawanych w oparach suchego lodu) albo zasiąść w głównej sali, w której prócz fortepianu i klatek z papugami u pułapu znajdziemy bardzo nietypowy żyrandol. Można też udać się na pierwsze piętro, gdzie czeka wspaniałe patio, wprost idealne na letnie wieczory.

20160728_232847 20160729_103648 20160728_221648_001

Cóż zatem spotka nas za drzwiami restauracji? Ano przekonajmy się wspólnie. Choć na potrzeby niniejszego artykułu zaznaczam, że jedynie liznąłem tutejszej kuchni i nawet w kilka wieczorów nie da się przejeść wszystkich pyszności z karty, to jednak nic straconego – tutaj się wraca. Choćby dla widoku sympatycznego pana Oleha, serwującego dania w niespotykany nigdzie sposób.

20160729_102838

Albo dla takich zdradliwych miniaturowych buteleczek z kilkoma rodzajami trunków rodziny Baczewskich, których ceny nie przekraczają sześciu złotych.

20160728_221457 20160728_221551

Ja zamiast dań głównych polecam nieprzeliczoną liczbę przekąsek. Na początek – zestaw sznytek na pachnącym, ciemnym wypiekanym na miejscu chlebie (od 2 złotych za sztukę).

20160728_222025 20160728_221611

Do tego idealnie pasują znakomite wędliny na półmisku (wśród nich oczywiście przysmak w postaci słoniny, czyli sało) garnirowane kawiorem.

20160818_221642 20160818_222605

Nie sposób odmówić sobie także typowego ukraińskiego śledzia z ziemniakami, podanego w wydrążonej butelce Baczewskiego.

20160818_221722 20160818_221715

Oczywistością będą również „kiełbaski pana Michała” o obłędnych smakach podane ze świetną konfiturą. Niebo w gębie. Dla odmiany można je popić lokalną wódką Kumpel, równie smaczną co Baczewski, a której 50 gram kosztuje zaledwie 2 złote. Ja próbowałem pieprzówki, chrzanówki i… wielu innych. Ceny przekąsek natomiast nie przekraczają 20 złotych.

20160819_220103 20160819_220441 20160819_220449

Gdyby jednak po przekąskach zostało Wam jeszcze miejsce to czeka ogromna karta dań głównych. A w niej kolejna niespodzianka. Po takiej restauracji nie spodziewałbym się raczej sztandarowych dań street foodowych. Tymczasem jednym z najfajniejszych okazuje się być Lemburger, czyli hamburger po lwowsku serwowany pomiędzy dwoma plackami ziemniaczanymi (cena 11 złotych).

20160819_221349 20160819_221704

Uwierzcie na słowo. Baczewscy to jedna z najlepszych restauracji, w której ostatnio jadłem. Od polskich różni ją wszystko – smak, detale, pomysły na dania, obsługa, sposób powiadamiania kelnerów. A nawet toalety, w których na gości czekają prawdziwe ręczniki…

20160819_223538

A na tych bardziej zmęczonych ucztowaniem… mała podpórka pod głowę 🙂

20160819_223543

Czy o czymś zapomniałem w tej krótkiej recenzji? No, oczywiście. O legendarnych lwowskich śniadaniach Baczewskiego, gromadzących tłumnie zarówno mieszkańców miasta jak i licznych turystów. W cenie 14 złotych codziennie do 10:30 można zjeść do woli, o ile oczywiście znajdzie się dla Was miejsce, co w weekendy bywa bardzo problematyczne. Atrakcją śniadania jest ogromny wybór przeróżnych dań zimnych, gorących, słodyczy, napojów…

20160729_102712

a także live cooking przy użyciu przedwojennego pieca…

20160729_102749

I oczywiście obowiązkowy kieliszek (albo więcej, jeśli przypadniecie do gustu oficjantom) zimnego Baczewskiego!

20160729_104917

Do zobaczenia! I pamiętajcie, Lwów leży tylko 80 kilometrów od polskiej granicy.

Restauracja Baczewskich, Lwów ulica Szeroka 8, tel. +380 98 22 44444

Recenzja ukaże się w pierwszym numerze Epicure Magazine.

Kaszpir na rolkach w Warszawie

Tu jest jakby luksusowo, aż chciałoby się zakrzyknąć. W Warszawie pojawił się nowy ekskluzywny trend dla posiadaczy spodni-rurek oraz dziewczyn intensywnie trenujących różne krosfity, czyli rolki sushi w wersji grab&go. Zaczęło się nieśmiało w ubiegłym roku, zaś w tym widać że będzie to jeden z najprężniej rozwijających się (po naszym narodowym kebabie oczywiście) konceptów street foodowych.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to idealny pomysł dla początkujących gastronomów, nie wymagający specjalnego przygotowania kuchni. Czy jednak samo skopiowanie wzoru znanego z Japonii czy Australii to klucz do sukcesu?

Postanowiliśmy sprawdzić. I skupić się na ocenie dwóch rzeczy.

Smaku.

oraz

pomysłu na odróżnienie się od konkurencji (wrażenie artystyczne).

Odwiedziliśmy w sumie sześć miejsc serwujących rolki w stołecznym Hannogrodzie, zamawiając za każdym razem trzy rolki, które zwróciły naszą uwagę. Grupę docelową postanowiliśmy ustalić jako przeciętnego Janusza, który chce wziąć do ręki nowe hipsterskie danie i zjeść je bez konieczności przyprawiania lub polewania sosami (które nota bene wszyscy dodają do zamówień – na ogół w dowolnej rozsądnej ilości za free) i miałby chęć wrócić ponownie ze swoją dziewczyną na „romantyczny lunch” w to samo miejsce.

Panda Handroll – sieciówka serwująca gotowe przywożone rolki (a według własnych wpisów używająca do produkcji „maszyn” cokolwiek by to słowo znaczyło). Na uwagę zasługuje fakt pominięcia na stronie www jednego z lokali, akurat tego w którym nabyliśmy testowe rolki (Waszyngtona 83 przy Rondzie Wiatraczna). A zatem w nieistniejącym miejscu zjedliśmy:

20160601_173609

tatara z  łososia (16 złotych) o dość płaskim smaku, bez wyczuwalnych przypraw, cukinię w tempurze (11 złotych) ze świeżą cukinią (czemu nie pieczoną?), podkreśloną niewiele smakiem grzybów mun oraz kurczaka (13 złotych) dość twardego niestety jak wiór za to z ciekawymi dodatkami, w tym zapamiętywalną papryką.

Ogólne wrażenie poprawne, choć zabrakło nam elementu, który by nas powalił. Na duży plus zasługuje obsługa oraz sposób podania.

20160601_153440 20160601_153641

Wybór sosów OK, ciekawe smaki, które będą powielać się w innych miejscach (soy sauce, wasabi sauce, ginger sauce, mayo miso, hot miso). Bez problemu kroją rolki a opakowanie jest zdecydowanie najlepsze ze wszystkich odwiedzonych miejsc.

20160601_173427 20160601_173448

Nasza ocena 3/5 za smak i 2/5 za ogólne wrażenie konsumenta. Dodatkowo punkt za opakowanie. Razem 6/10

Przenosimy się na Saską Kępę, gdzie wszystko się zaczęło. Również dziwny w naszej opinii hejt (!) na konkurencję, która otworzyła się nieco później niż pionierzy. A zatem wstępujemy do Handroll (Francuska 32).

20160601_155244

Testujemy pieczonego łososia (14 złotych). Smak jedynie lekko wyczuwalny, praktycznie bez przypraw i łosoś sprawiający wrażenie nieco suchego. Następnie california (10 złotych) – tu zdecydowanie lepiej przełamujące się ciekawe smaki. Na koniec tempura (14 złotych) i kolejne wrażenie suchego i nieco dłużej oczekującego na klienta w krawacie.

20160601_172417

Nie ma problemu z pokrojeniem rolek. Obsługa jest doświadczona, chętna do pomocy, z tyłu znajduje się podręczne stanowisko do kręcenia lodów rolek.

20160601_172153

Wybór sosów znaczny, również podobny jak u konkurencji.

20160601_172019

Co akurat nie dziwi, bo to konkurencja kopiowała od nich 😉 Podsumowanie – smak 3/5 (a mieliśmy naprawdę duże oczekiwania jak przystało na starych wygów). Ogólne wrażenie – również 3/5. Nic nas nie urzekło. Ot, zwykły (dla nas nie ma to pejoratywnego znaczenia) street food. Razem 6/10.

20160601_173947

Pora na Roolon przy Kopernika 25. Lokalik mikroskopijny. Oprócz rolek serwuje także zestawy sushi wcześniej przygotowane i zapakowane. Niestety wybór niezbyt duży a co do sposobu przechowywania to na Januszu nie robi on najlepszego wrażenia. Janusz je oczami a to co widzi w folii… w dość biednej ofercie…

20160601_160741

… powoduje, że na dzien dobry daje ocenę 2/5 za wrażenia artystyczne. Co do smaku to niestety również nierówno.

20160601_171449

Pacyfic (16 złotych) z pieczonym tuńczykiem aż się prosi o wyraziste dodatki. Krabstick (11 złotych) poprawny, choć również trzeba by się wspomóc sosem, by odnaleźć balans smaku. Tatar łosoś (15 złotych) – bardzo dobrze przyprawiony. Najlepszy.

20160601_171231

Sosy klasyczne, oprócz tego dodatki jak do zwykłego sushi. Ocena smaku 3/5. Ocena ogólna 5/10.

Poszukajmy zatem boskości w Boskich Rolsach (róg Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej). Tu jest naprawdę jakby luksusowo, gdyż mamy wystawione wszystkie rolki w swego rodzaju galerii…

20160601_161904

zaś podawane z lodówki, w której nie widzimy zawartości. Co dostajemy?

20160601_165421 Ano niespodziankę.

20160601_165528

No cóż. Dla mnie nieakceptowalne w przypadku sprzedaży świeżych produktów. To dobry wskaźnik świeżości. Co zatem mam o niej sądzić?

20160601_170050

Przejdźmy do smaków. Na początek tatar łosoś szparag (15 złotych). Pomysł ciekawy, ale użyty szparag nieco łykowaty i bardzo mało wyczuwalny w smaku. Bubba Gump  (14 złotych)bardzo dobre krewetki, choć znów pozbawione dodatków,

20160601_170814

które komponowałyby się z ich łagodnym smakiem. Trzeci to całkiem niezła Kurrolka (12 złotych) z całą gamą dodatków i smaków do kurczaka. Za smak 4/5 niestety muszę odjąć aż 2/5 za kupowanie kota w worku zakończone w naszym przypadku fakapem. Za wrażenie luksusowości – 3/5. Nie przekonują leżące i więdnące cały dzień rolki niczym roleksy w witrynie. Chcę widzieć, co kupuję i mieć możliwość wyboru rolki, której świeżość nie budzi wątpliwości, zwłaszcza że nie są one przygotowywane na miejscu. Ogółem 5/10.

20160601_173925

Street Sushi Grab&Go przy Kruczej 46 (między Nowogrodzką a Alejami Jerozolimskimi) to również kameralny lokalik serwujący rolki. Sympatyczna i empatyczna obsługa mimo, że jesteśmy po 16:00 informuje o promocjach w porze lunchu. Jest plus.

20160602_175551

Zaglądamy do menu i wybieramy Salmon tartare (14 złotych).  Niestety na paragonie figuruje jako Tuna tartare w cenie o złotówkę wyższej. Świetnie przyprawiony łosoś, w zasadzie nie wymaga żadnych sosów.  Salmon grill (15 złotych) – absolutnie najlepiej zgrillowana ryba w mieście a przy okazji sprężysta i wilgotna. Ebi futo (14 złotych) ze świeżutką tempurą i niezłą krewetką. Pytam o kuchnię. Mają ją na zapleczu lokalu i wszystko przygotowują na bieżąco. Zdarzają się im problemy z zakupem dodatków. Dziś akurat nie było tuńczyka, bo nie udało im się kupić ryby spełniającej ich oczekiwania. Bywa.

20160603_020911 20160603_021441

Do każdej rolki proponują herbatę lub kawę za złotówkę. Drobiazg? Drobiazg. Czy Janusz doceni? Doceni.

20160602_175547

Sosy i dodatki? Sporo jak na trzy rolki. Ale dają, ile chcesz.

20160603_020721

Podsumowując – smak 4/5 (gdyby był ten tuńczyk, to pewnie dałbym więcej). Wrażenie ogólne – 4/5 za empatię i te drobiazgi, które budują markę. Razem 8/10. W końcu!

I ostatnie w tym odcinku miejsce, czyli Rolls Rolls (Chmielna 13). Umiejscowione w pasażu dla pieszych i raczej niedostępne samochodem, ale w środku sprawia miłe wrażenie. Obsługa również kompetentna i zachęcająca do poczekania na dorabiane na bieżąco świeże rolki.

20160602_173220

Sporo dodatków, menu dwujęzyczne, jest lemoniada, desery… Fajnie.

20160603_022547

No to bierzemy Wieśroll (14 złotych), czyli wieprzowe polędwiczki z bekonem i suszonymi pomidorami. Oto, na jakie sushi czeka prawdziwy Janusz 🙂 Zestawienie bardzo ciekawe, oryginalne, smaczne, wręcz wielosmakowe. Salmon roll (13 złotych) to klasyczny łosoś z filadelfią o klasycznie płaskim i nieco nudnym smaku. Bez sosu nie podchodź. Podwójna kreweta (14 złotych) znów zaplusowała świeżą tempurą, chrupkością i smakiem.

20160603_022724

Spory wybór sosów jako standard.

20160603_022212

Pora na podsumowanie. Smak 4/5. Może nieco na wyrost. Co do ogólnego wrażenia – również 4/5. Razem 8/10. Gdyby zachęcić Janusza promocjami do powrotu, byłby chyba uszczęśliwiony. Choć i tak może go zanęcić rozbudowana i ciekawa karta.

20160603_023701

Nie daliśmy rady zajrzeć do wszystkich rolkowni warszawskich. Pewnie niedługo zrobimy kolejną rundę zahaczając także o onigiri, czyli nowy trend 2.1 w street sushi. Ranking jest z natury rzeczy subiektywny, ale generalnie jak widać nie jest źle. Lokale szykują się tak naprawdę do sezonu i myślą o niespodziankach dla swoich gości. Jeśli bardziej zadbają o bazę wiernych klientów – zyskają. Jeśli pozostaną kioskami ruchu z powtarzalną ofertą – padną. Warszawski hipster nie przebacza wtórności.

 

Akita – przyczynek do historii mobilnego ramenu

Próby, próby, próby. Poprzedni sezon obfitował w pierwsze nieśmiałe podejścia do wprowadzenia ramenu na rynek food trucków. Zaczęło się od Bruno Bustaurant, który karmił we Wrocławiu już wczesną wiosną  (a nawet zimą) swoimi wariacjami ramenu.
Czytaj dalej Akita – przyczynek do historii mobilnego ramenu

Brooklyn Restaurant & Bar – Wael Done!

Well done. To mój znak rozpoznawczy. Sposób, w jaki testuję każdego steka w każdej amerykańskiej knajpie. I choć wszyscy przeklinają mnie za moje kulinarne upodobania, jestem stały w uczuciach i nie toleruję wpadek. Po ponad rocznej zwłoce spowodowanej nierównymi recenzjami blogerów postanowiłem w końcu przekroczyć progi Brooklyn Restaurant & Bar w centrum Warszawy i przekonać się jak jest naprawdę. Czytaj dalej Brooklyn Restaurant & Bar – Wael Done!

Kulinarny subiektywizm polany ciężkim dowcipem i doprawiony nutą sarkazmu