NaŻarte kanapki wciąż na topie

Reuben, philly cheese steak, pulled pork… to najmodniejsze słowa bywalców Koszyków i nowy wzorzec street foodowego metra. Są modne i na czasie. Szkoda tylko, że jak z każdą nowością w mieście słoików, jej protoplastów nie należy szukać się wśród zimnych kostek i wąskich rurek a na przykład w miejscu, które od miesięcy te pojęcia z sukcesem przekuwa na prawdziwe smaki.

Nie będę się rozwodził nad każdym daniem z osobna a opiszę jedynie jak moim zdaniem powinna wyglądać prawdziwa szarpana wieprzownia w kanapce. Czyli pulled pork.

A powinna wyglądać właśnie tak.

A jak powinna smakować? Dla mnie kwintesencją są nieodłącznie delikatne słodkawe I rozpadające się na języku włókna, potraktowane ostrzejszym dla podkreślenia różnicy serem, z dodatkiem cebulki, sosu BBQ, złamane kwaśnym ogórkiem i razem z całą soczyście wylewającą się zawartością umieszczone w twardej, grubej I bardzo odpornej na mięknięcie bułce na zakwasie.

A co do philly…

I zawsze wychodzę Na-żarty 🙂

Momo Smak – wiosenne nowości

Dawno nie byliśmy w Momo Smak. A tymczasem nasi ulubieńcy od pierożków przygotowują się do nowego sezonu testując nowe dania i budując nowego food trucka. Czego zatem możemy spodziewać się w najbliższych tygodniach?

Napiszę krótko. Nowy kucharz i nowe dania – petarda. Rybę po tajsku, której Żorż zostawił mi jedynie nędzne resztki, wylizywałem do ostatniej kropli świetnego sosu z mleka kokosowego, wyjadając malowniczo meandrujące warzywa. Świetna sprężysta panierka, świetne dodatki. Absolutny hit.

Pad thai z krewetkami pomimo elementu obcego mi kulturowo (już sama nazwa „to fu” nie zachęca do jedzenia) genialny. Ciemne jak twarz Obamy i fajnie rozpływające się w ustach jak pianka marshmallow tofu i doskonały makaron naprawdę robią robotę. Wielkość porcji zadowoli każdego patriotę wygłodzonego po ćwiczeniach obrony terytorialnej.


Wołowina z tajską bazylią to dla mnie orgazm orientalnych smaków. Nie przepadam za tak dużym miksem doznań, ale wszystkie składniki świetne, delikatne zaś smak długo pozostaje na języku. Ostrość w skali Kaszpira – ciut powyżej średniej.


Ostatnia nowość to bun cha w wersji rybnej mocno inspirowana sześciodolarowym lunchem Tony’ego i Baracka podczas ostatniej wizyty w Hanoi. Przyznam, że nie jadłem w życiu tak świetnie przyrządzonych kawałków ryby pływających w doskonałym bulionie z dodatkiem świeżych pomidorów. Osiągnięcie balansu pomiędzy klopsikami a sprężynującym tofu – znakomite.

BREAKING NEWS!

W ostatnich dniach doszło jeszcze jedno bardzo ciekawe danie z makaronem pszennym, czyli Hong Kong Bay (20 złotych) – słodko-pikantna wersja z fantastycznym sosem, warzywami i wołowiną lub kurczakiem do wyboru.

Na koniec coś absolutnie fenomenalnego – smażony w woku boczek po chińsku, rewelacyjna alternatywa dla schabu serwowana z marynowanymi na ostro cebulkami.

Szczerze przyznam, że to kolejna perełka, którą na pewno kupią fanatyków dalekowschodniej kuchni (zwłaszcza, że Viet Street Food przymierza się do podobnego dania) 😉

Roast Toast – nowy food truck na mieście

Przemek z Burger Slow Food ciągle zaskakuje nowymi pomysłami. To jedna z najbardziej niespokojnych food truckowych dusz, która nie może usiedzieć w miejscu i śledząc trendy ciągle myśli o nowościach możliwych do zaadaptowania w niewielkiej kuchni na kołach. Tym razem w nowy sezon wchodzi z projektem Roast Toast. Czym nas zaskoczy?

Koncept wygląda bardzo ciekawie. Własny, pieczony chleb tostowy a wewnątrz fajne i niespotykane składniki. Szarpana wieprzowina (oraz wołowina), które powoli wypierają z rynku burgery, w towarzystwie mocno nieoczywistych dodatków.

Pierwsza kompozycja to ostry ser kozi z malinami i marynowanym w soku z ogórków kiszonych burakiem. Brzmi hardkorowo? To dorzućcie jeszcze gruszkę i wolno pieczoną przez dwanaście godzin wieprzowinę. Gwarantuję Wam, że (po drobnych korektach) – petarda!

A może przekona Was salsa pomidorowa z nachosami i ciągnącym się serem w akompaniamencie jalapeno? Nas przekonuje i to pomimo dość szybkiej przemiany materii żołądka Kaszpira po ostrym 🙂

No to widzimy się na zlotach.

 

PS. Mamy już menu 🙂

Nieco Dzienna, nieco Drukarnia, nieco Fugazi…

Mińska 65 w Warszawie to adres z historią. Już przed wojną na terenie tych praskich hal powstawały motocykle Sokół i samochody marki Fiat, zaś przez kilkadziesiąt lat PRL-u mieściła się tu drukarnia. Ostatnim akcentem – jeszcze do ubiegłego roku – był odrodzony w tym miejscu Klub Fugazi, gdzie moje muzyczne serce znajdowało niemal codzienne ukojenie w ponad 400 koncertach organizowanych wytrwale przez Waldka Czapskiego.

Teraz przeżywamy kolejną reaktywację. Oczywiście pod szyldem gastronomiczno-muzycznym. Tak, pozostanie fantastyczna i jeszcze bardziej rozbudowana przestrzeń koncertowo-imprezowa (lekko licząc 700 metrów kwadratowych) oraz dojdą dwa świetne koncepty gastronomiczne: casualowa Drukarnia oraz bardziej street (choć slow) foodowa Dzienna. Ostatnie już ruszyły a kuchnia serwuje pierwsze dania (na razie głównie dla wtajemniczonych), ale karty obu restauranów są już dopracowane i mocno interesujące. A wnętrza? Zobaczcie sami…

My oczywiście skupimy się na daniach interesujących przeciętnego zjadacza burgerów 🙂 a tutaj natrafiamy na prawdziwą petardę. Pamiętacie na pewno nasze próby z pączburgerami i nasz zachwyt nad zestawieniem drożdżowego ciasta i bekonu. Wtem!

Zaglądamy do karty Dziennej (która funkcjonuje od ósmej rano do ostatniego głodnego) a w niej absolutna nowość na polskim rynku street foodowym, czyli słone donaty wypiekane na miejscu, w kilku intrygujących kombinacjach dodatków.

Tak, na pierwszym miejscu – bekon (10 złotych). Świetnie chrupiąca posypka doskonale kontrastuje ze słodkawym ciastem. Niebo w gębie. Absolutny minimalizm rządzi.

Dla odmiany czekolada, sepia i matcha to ukłon w stronę fanów słodyczy (12 złotych). Ale my brniemy dalej w wytrawną klasykę. Papryka i ogórek na podkładzie z kremowego bielucha to kolejne świetne zestawienie smaków, lekko podostrzonych siekanym chorizo (14 złotych) i mocno kontrastująca salsa mango w kompozycji z gorgonzolą o bardzo mocno wyrazistym smaku, niemal przykrywającym naturalne ciasto donuta (14 złotych).

To oczywiście pierwsze i testowe dodatki. Niewykluczone, że Wasza inwencja i komentarze spowodują szybkie uzupełnienie oferty o Wasze ulubione smaki.

Zakochać się można nie tylko w jedzeniu ale i w wystroju Dziennej. To ukłon w stronę polskiego designu z najlepszego okresu powojennego. Ależ cieszy oko.

Zgłodnieliście? To jemy dalej.

Prosto, krótko, nowocześnie. I zarazem łatwo przetestować kuchnię, czy ma pojęcie 🙂 No to zamawiamy pulled porka (27 złotych), który wjeżdża na metalowym (ultra hipsterka czyli dla nas powrót do PRL-u) talerzu.

Znów pieczona na miejscu gruba mięsista brioszka z czarnuszką a wewnątrz niej solidna porcja świetnie zwłóknionej zamarynowanej i wolno pieczonej świniny w towarzystwie ostro kontrastujących sosów. I znów mniej znaczy lepiej. Ogórek kiszony i ręcznie robione frytki. Nic poza tym. Po takim daniu już wiem, że trafiłem na fachowców, którzy z niejednego food trucka jedli 🙂 Bułka świetnie radzi sobie z sosami, nie rozpada się do samego końca. Odrobina klarowanego masła dopełniłaby jej walorów użytkowych.

Jeśli jest aż tak dobrze, to atakujemy krewetki (36 złotych). Szrimpsy trafiają do nas podane tak, że aż nam spadają buty.Świetnie upieczone, z chrupiącą tempurą i chipsami podlane słodkawą salsą z mango. Niebo w gębie i na pewno warte spróbowania. Uczta dla oka i ucha. I co prawda to granica street foodu i dań restauracyjnych, ale świetnie że występuje w karcie „popularnej”.

Czując niedosyt pierwszej wizyty, pojawiam się po raz kolejny w porze lunchu. Za 22 złote można tu codziennie zjeść coś fajnego i oczywiście spoza podstawowej karty. Lubię niespodzianki, więc grzecznie czekam na to, co dziś wymyślą, ponownie obserwując detale przywrócone z dawnego Fugazi.

Zupa krem? Jak ja nie znoszę zup-kremów (zupełnie tak, jak osobistym wrogiem Maćka Nowaka jest zupa pomidorowa). Przypominają mi się zupki dla niemowląt i kolorowe plamy na ścianach jako bezpośredni efekt spożycia przez infantów.

Na szczęście ten krem to krem tylko z nazwy. Prażony groch i słodkawe pomidory idealnie chrupią i rozpływają się w ustach. Smaki mieszają się i uzupełniają. Dla mnie zupa pierwszoligowa, poziomem dorównująca nieodżałowanym produktom Grzesia z Przystanku Kolejowa (Uwaga! Tu też szykuje się reaktywacja).

Jako główne danie wjeżdża natomiast risotto. Wege. Esencjonalne, lepkie, mocno aromatyczne z lekko ugotowanymi kostkami buraków i posypane kozim serem, który natychmiast rozpuszcza się i nadaje świetny ostry smak całej potrawie. Kurczę, taki zestaw w restauranie po prawilnej stronie Wisły kosztowałby z pięć dych. A tutaj naprawdę służy pokazaniu kunsztu szefa kuchni i zanęca do przybycia na porządną kolację do Drukarni.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do Dziennej. Oto kolejna część menu, czyli śniadania. Serwowane przez cały dzień. Czy ja dobrze słyszę? To tak się da? Przecież w większości lokali (wliczając to modne ostatnio nowe bary mleczne jak choćby Mokotowski przy Puławskiej) nagle około południa kończą się jajka i boczek i od tej pory można zamówić jedynie schaboszczaka.

No więc się da.

A zatem testujemy kolejnego pączka. Czyli muffina XXL (21 złotych).

Napakowany jedynie podwójnym jajkiem posz, odrobiną (dla mnie faktycznie nieco małą) bekonu i dodatkiem warzywnym w postaci szpinaku (wiadomo – trucizna 😉 ), podlany sosem holenderskim to naprawdę sycące danie śniadaniowe. Rozlane po talerzu jajko cudownie wybiera się wszystkochłonącą bułką. Resztkę oczywiście wylizujemy z talerza 😉

Podobnie jak w przypadku kiełbaski z fajną słodkawą salsą i frytkami (19 złotych). Czad!

Do śniadań podają tu mnóstwo kaw, w tym oczywiście taką na dolewki (1 złocisz). Pełna karta prezentuje się następująco (do pobrania).

I zupełnie na koniec dla pobudzenia apetytu pierwsza odsłona karty Drukarni. Ja już wiem, że i na tę część lokalu się skuszę.

Ogony, ozór, tatar, policzki. Czy może być coś piękniejszego? Ceny nie odstraszają, kuchnia już sprawdzona. Ja tam na pewno się wybiorę. A i wy idźcie już teraz, zanim trafią tam wszystkie kulinarne szamiarki a za nimi banda brodaczy w rurkach.

PS. I do zobaczenia na koncertach. Wkrótce rusza scena Fugazi!

PS2. Przy wejściu leżą ulotki. Jeśli wejdziecie z nimi do Dziennej, z automatu do końca kwietnia dostaniecie rabat 20% na śniadania i na coś tam jeszcze 😉

Drukarnia / Dzienna ul. Mińska 65, Warszawa, czynne od 8:00

Noce i Dnie ze street foodem w Warszawie

Królestwo rurek, wystylizowanych bród, prosecco i jajek w majonezie po dychę sztuka. Tak wygląda jedyne w stolicy miejsce, gdzie można skubnąć street foodu. Lepszego, gorszego, ale przynajmniej zlokalizowanego pod jednym dachem. Koszyki.

Do teraz. Bowiem w sobotę 21. stycznia doszła kolejna miejscówka. Egalitarna, nastawiona tym razem na każdego klienta, sąsiadująca z dawną Pieksą, późniejszym CDQ/SDQ, położona w pustych ogromnych halach przy ulicy Burakowskiej 14 nieopodal ronda Babka i Arkadii w Warszawie.

Kto stoi za tym pomysłem? Ktoś, kogo cenię za profesjonalizm i spokojne podejście do biznesu, organizator zlotów ekologicznego street foodu i wielu innych inicjatyw jedzeniowych, czyli Ewa ze swoją ekipą. Szykowali się od kilku miesięcy, dopieszczali pomysł, myśląc nie tylko o naszych żołądkach ale także o kulturze wysokiej i… długich brodach. Pod marką BURAKOWSKA 14 powstały więc Noce i Dnie, czyli street food court dla weekendowych smakoszy,

kameralne nieme kino Laterna Magica z muzyką na żywo i…

Barber Garage, gdzie nawet w środku nocy można zadbać o męską fryzurę i zarost na imprezę. Jest także Teren Otwarty – przestrzeń wykorzystywana przez artystów (obecnie wernisaż obrazów Marty Zielińskiej).

Są też weekendowe Targ Rolny z ekologicznymi produktami oraz Targ Ryb i Owoców Morza.

Ogrzewanie na zewnątrz zapewniają prawdziwe koksowniki, atmosferę wewnątrz – nienachalna muzyka (wiecie, że nie znoszę radosnej twórczości przypadkowych DJ-ów), dobrze zaopatrzony bar i kilkanaście stoisk z jedzeniem, już dość ciekawie dopasowanym poziomem i różnorodnością do oczekiwań głodomorów.

Noce

Miejsce na razie działa od piątku do niedzieli. Bifor-after, dobre piwa kraftowe serwowane przez food trucka Inne Beczki. Tu możesz przekąsić, popić i poczekać na resztę ekipy przed weekendowym melanżem lub zakończyć wieczór. Mimo, że organizatorzy zapewniali, że NiD będą czynne od 15:00 tylko do godziny 2:00, już weekend otwarcia z tańcami na stołach około czwartej nad ranem powinien zweryfikować te ostrożne plany.

Dnie

Sobotnie i niedzielne poranki to na Burakowskiej czas zakupów. Świetne wędliny z małych masarni, jedne z najlepszych bagietek na żytnim zakwasie, warzywa z ekologicznych upraw, ryby wędzone i świeże… i setki innych produktów. Oczywiście można tu także zjeść śniadanie (na razie od 12:00), bo większość street foodowców deklaruje taką opcję lub modyfikacje swoich dań. Zajęcia dla dzieciaków? Kino? Też są. Niby drobiazg a jednak pozwala na chwilę oddechu a później na spokojną konsumpcję przez wszystkich członków rodziny.

Zgłodnieli?

No to przegląd części z pierwszych stoisk. W przeciwieństwie do Koszyków tutaj możliwości zmian wystawców nie będą ograniczane. A zatem to klienci sami zdecydują, czy odpowiada im dany rodzaj kuchni i poziom jej serwowania. A w przypadku, gdy jakość spadnie, nastąpi to co powinno, czyli dobra zmiana. Już jest lista rezerwowa, poprzeczkę ustawiono dość wysoko. I dobrze. Jako ekipa Street Food Polska tylko przyklaskujemy Ewie i mocno trzymamy kciuki za jej determinację. Mamy paru faworytów ale przy takim wyborze każdy może znaleźć bez problemu swoich.

Na początek klasyka, czyli burgery. Jedyne stoisko reprezentowane jest przez ekipę Buła i Spóła, weteranów food trucków i BioBazaru. Czym zaskakują? Zupełnie nową ziemniaczaną bułką, wypiekaną tylko dla nich z użyciem prawdziwego miodu. Jest bliska perfekcji, chrupiąca , sprężysta, świetnie spaja burgera, co w połączeniu z mięsem, które od wielu miesięcy trzyma wysoki poziom gwarantuje naprawdę niezłe wrażenia.

W menu standardowe dodatki, ale zawsze chętnie przyjmą nietypowe życzenia. Dwie nagrody na warszawskich zlotach gwarantują, że tu na jakości się nie oszczędza. Kilkaset porcji w jeden wieczór to też żadne wyzwanie. Zarówno pierwszy jak i ostatni burger smakowały tak samo idealnie.

Kolejny weteran i wzorzec street foodowego metra to Falafel Bejrut prowadzony świetną ręką przez Mahmouda (zwanego Majkiem). To trzeci lokal serwujący falafel, hummus i tradycyjne dania kuchni Bliskiego Wschodu. Ma swoich fanów, głównie wśród wegetarian i wegan, ale i my nie odmawiamy sobie skosztowania czegoś nowego zawsze gdy jesteśmy w pobliżu.

Tym razem wypróbowaliśmy nowy hummus o smaku brokułowo-awokado z ostrością przekraczającą lekko moje możliwości. Oprócz tego tabbouleh i faszerowane liście winogron. Według większości foodies to nadal najlepszy falafel w mieście.

Po kuchni libańskiej przyszedł czas na ramen. Po raz pierwszy udało się nam skosztować wersji przygotowanej przez Omami, która zawierała bardzo wyrazistą nutę sosu rybnego. Dla wielbicieli kolagenu w płynie obowiązkowy punkt programu.

Tare zupełnie inne niż w Tekedzie, od której ramenu jestem uzależniony (zwłaszcza od jego nowej odsłony). Obecność jajek ajutsuke bardzo chwalebna, pozostałe dodatki równie prawilne. Menu krótkie, ale bardzo różnorodne jeśli chodzi o smaki.

Przejdźmy do nowości i mojego odkrycia, czyli Pizza Lunga.

24-godzinny zakwas, później powolne wyrastanie i spora ilość napowietrzonego ciasta pełnego pysznych włoskich dodatków. Placek w kształcie prostokąta pochodzący z Verony i chrupiący cienki spód gwarantują, że się zakochacie w tym daniu. Ceny przystępne, kompozycje proste.

Jest zwykła margherita z mozarellą buffalo ale za to w dwóch wersjach – ciastem tradycyjnym i z mąki konopnej. Ta ostatnia dodaje nowych doznań… oczywiście wyłącznie kulinarnych i zaskakuje ciekawym smakiem. Inna wersja pizzy zawiera salsicię, kolejne – prawdziwe salami, świeże pomidory różnych gatunków. Na następne weekendy właściciele zapowiadają także włoską mortadelę i prosciutto. O swoich plackach mogą opowiadać godzinami. Widać, że kochają to, co robią a my cieszymy się, że kolejni wariaci dołączyli do warszawskiego street foodu.

Tex-mex ma również swoją reprezentację w Nocach i Dniach. To także udziałowcy całego przedsięwzięcia, czyli Eat On The Street.

Pokonali bardzo długą drogę od lunch trucka na warszawskim Mordorze, który nie zawsze spełniał moje oczekiwania, dopracowując swoje dania i skupiając się na amerykańskiej klasyce  na którą czeka wielu amatorów. Moim zdaniem trafili idealnie. Raptem cztery-pięć pozycji w menu, ale dania dopracowane i tabaka na wydawce niestraszna 😉 . W sobotnią noc bili rekordy sprzedaży i od każdego słyszałem, że naprawdę warto było czekać. Pełny szacun.

A na śniadanie ich autorska koncepcja pankejków, która bardzo przypadła mi do gustu 🙂

Na zakończenie jeszcze rzut okiem na kuchnię Indii i Wietnamu. Restauracja Ganesh z licznymi eintopfami oraz Pitaya prowadzona przez Wietnamczyków z niezłą zupą pho. Co prawda oba miejsca zasługują na osobne recenzje SFP naszych kolegów zakochanych w kuchni azjatyckiej, ale przynajmniej na pobudzenie apetytu dajemy Wam zajawkę z bogatej oferty.

Pozostałych wystawców pierwszego weekendu, czyli Warung Jakarta specjalizującą się w kuchni indonezyjskiej, Real Greek z pitami i souvlakami czy Mr. Wurst z niemieckimi kiełbaskami z grilla będziemy testować za tydzień. Razem z wami.

Jak widzicie jest w czym wybierać i co oceniać. Zwłaszcza do tego ostatniego Was mocno zachęcamy. Jeśli ma to być fajne miejsce, dajcie znać organizatorom, jakiej jakości oczekujecie i które kuchnie spełniają Wasze kryteria.

Twórcom jeszcze raz gratulujemy świetnego startu i mocno trzymamy kciuki za nowy koncept. Wraz z tutejszymi hipsterami 🙂

Towarzystwo Burakowska 14, Noce i Dnie, pt. 17-2, sob. 12-2, niedz. 12-22, Targ Rolny, Targ Rybny i Owoców Morza sob.-niedz. 10-17

Kulinarny subiektywizm polany ciężkim dowcipem i doprawiony nutą sarkazmu